przez Mała ruda » Śro Wrz 28, 2011 1:50 pm
Od dość dawna śledzę to forum, lecz dopiero teraz stwierdziłam, że mogą komuś się przydać moje doświadczenia z leczeniem boreliozy.
Jestem botanikiem, pracowałam dość intensywnie w terenie więc kontakt z kleszczami był oczywisty. Tu dodam – nieprawdą jest, że pomaga noszenie długich rękawów, długich spodni. Nic tak naprawdę nie uchroni przed penetracją kleszczy, można ją jedynie nieco ograniczyć. Zdarzało mi się znajdować je we włosach a nawet w pępku. Na kleszcza-nosiciela natrafiłam w kwietniu 2005 roku. Po 3 dniach od ukąszenia wystąpiły u mnie objawy grypopodobne z bardzo wysoką temperaturą, którą udawało mi się obniżyć na kilka godzin do 38 stopni. Przeleżałam w taki „amoku” od poniedziałku do piątku. W piątek, gdy już byłam w stanie iść do przychodni, wstałam i podczas mycia zauważyłam nad pasem po lewej stronie rozległy rumień. W przychodni lekarz rodzinny skierowała mnie na oddział zakaźny tutejszej (szczecińskiej) Kliniki, gdzie stwierdzono boreliozę. Dostałam Unidox na 3 tygodnie, po przyjęciu którego miałam się wyleczyć, otrzymałam też skierowanie do Poradni Chorób Zakaźnych w celu kontroli. Zapisałam się karnie w kolejce oczekujących i po 3 miesiącach zrobiono mi test stwierdzając wyleczenie, lecz następna kontrolę wyznaczono za pół roku. Zaciekawiona tą niekonsekwencją odpytałam wtedy lekarkę o leczenie i ew. konsekwencje przebytej choroby, wymogłam listę rankingową leków, które należy podawać przy ewentualnym nawrocie (do wiadomości lekarz rodzinnej) i adnotację na karcie pacjenta, że należy mnie przyjąć bez zwłoki gdy wystąpią objawy boreliozowe – bóle stawów, głowy, temperatura itp. Dwukrotnie wystąpiły takie objawy i dwukrotnie moja p. dr przepisywała mi antybiotyki wskazane przez lekarz zakaźną. W 2008 roku zaniepokojona nawracającymi bólami stawów, bólami głowy i w ogólnym poczuciu choroby (och, ta hipochondria!) przydybałam lekarz zakaźną na korytarzu przychodni i nakłoniłam do skierowania mnie (niby zdrową) do Kiniki. Na szpital czekałam potulnie 10 miesięcy. Po dostaniu się tam zrobiono mi Western-blot, który wykazał aktywną boreliozę, co p. dr przyjęła jakby za z lekkim niedowierzaniem. Przez 3 tygodnie miałam w kroplówkach podawany antybiotyk. Już po 10 dniach poczułam się tak dobrze, że kazałam sobie przynieść do szpitala kari-matę i zaczęłam ćwiczyć, żeby ograniczyć utratę kondycji (zaraz po szpitalu planowałam pracę w dość trudnym terenie, gdzie umówiona byłam z kolegą). Minął rok, gdy od maja 2009 roku zauważyłam dysfunkcje równowagi- znosiło mnie w lewo, szczególnie na nierównym terenie, coraz częściej miałam kłopoty z kręgosłupem – do zwyrodnień odcinka szyjnego dołączył się ból i drętwienie lędźwiowego a następnie piersiowego, do tego bóle głowy. We wrześniu objawy nasiliły się na tyle, że zaczęłam szukać ratunku. Najpierw okulistka (może złe okulary) a p. profesor pod opieką której jestem od wielu lat (lekarz holistyczny)przyspieszyła mnie do wykonania badań neurologicznych. Zaczął się łańcuszek – neurolog, otolaryngolog, zakaźnik. Badanie tętnic, panel lipidowy, hormony, poziom B12, rezonans, badanie wzroku i słuchu. Znów neurolog (inny) i wskazanie -przede wszystkim leczyć neuroboreliozę. Zniechęcona do szczecińskiego ośrodka zakaźnego poszukałam pomocy w Poznaniu. Z kompletem wyników trafiłam do prof. Stefaniaka. Jeszcze Western-blot, kt. wyszedł graniczny w obu klasach i znów tak na wszelki wypadek przyjęto mnie do Kliniki Chorób Zakaźnych i Tropikalnych w Poznaniu. Tam, na podstawie badań płynu mózgowo-rdzeniowego wykluczono neuroboreliozę lecz dostałam skierowanie do Kliniki Neurologicznej. W Klinice zrobiono mi rezonans, który wykazał mierny ubytek kory móżdżku- diagnoza ataksja móżdżkowa. Jeszcze tylko dowiedziałam się, że ataksją zajmują się w Warszawie w Klinice Neurologii i Genetyki. Wykonane tam badania nie wykazały genetycznego podłoża choroby. Od tamtejszego lekarza dowiedziałam się, że tego się nie leczy, pacjenci przyjmują Q10, powinnam zapisać się do stowarzyszenia „Ataksja”. Na pytanie o tempo rozwoju choroby (mierzone obiektywnie) i perspektywy usłyszałam, że za dwa lata powinnam przyjechać do Warszawy, gdzie oceni się na podstawie badań klinicznych i, że planując remont powinnam przewidzieć zamontowanie poręczy, a tak w ogóle to mam się starać żyć normalnie. Normalnie to normalnie. Ale nie dało się normalnie. Wprawdzie studenci przyjęli ze zrozumieniem informacje, że mój styl chodzenia nie jest zachwianiem alkoholowym, ale trudno mi było poradzić sobie ze zmęczeniem (koniec dnia jak po dniówce w kamieniołomach), potliwością i usztywniającym bólem kręgosłupa. Niepokojące jednak były też zaburzenia mowy. Coś, co jest automatyczne, ja musiałam kontrolować! W lutym 2010 roku wykupiłam pobyt w Sanatorium w Busku, postanowiłam podleczyć choćby kręgosłup, przecież móżdżku sobie nie odrosnę. Po tygodniu ogłuchłam na lewe ucho i wróciłam do domu. Potem 10 dni na Otolaryngologii – trochę mi pomogli. I dalej kłopoty z mową, słuchem, obezwładniające zmęczenie, bezsenność, ból stawów i kręgosłupa.
Zapisałam się do stowarzyszenia „Ataksja” i właśnie tam napotkałam Elę-lekarza chorego na ataksję. Właśnie ona namówiła mnie do dalszego szukania przyczyn, może w boreliozie? Ta wyjątkowa osoba uświadomiła mi, że należy szukać przyczyn choroby (ataksji) pomimo wykluczenia boreliozy przez zakaźników z tytułami naukowymi. Jeszcze dla pewności zrobiłam Western Blot (wyszedł pozytywny w klasie IGm). Nie ma siły – każdy skutek ma swoją przyczynę! A ja przypomniałam sobie, że moje kłopoty ze zdrowiem zaczęły się od stwierdzonej! boreliozy. Potem już było tylko gorzej, jak staczanie się po równi pochyłej. Ela też podesłała mi link do lekarza z Zabrza. Zgodził się mnie leczyć gdyż na podstawie wyników badań i wywiadu stwierdził późną neuroboreliozę. Zrobiłam testy na koinfekcje, wyszły dodatnie na chlamydię i mikoplazmę.
Skończyłam czwarty miesiąc leczenia metodą ILADS. Spotykam się z dużym zrozumieniem i lekarz rodzinnej i neurologa (tego jednego, który zalecił - przede wszystkim leczyć neuroboreliozę). Za namową pani z BHP złożyłam dokumenty (podejrzenie o chorobę zawodową) w Przychodni Chorób Zawodowych. Procedura Jest dwuetapowa, a ja mam za sobą etap 1- wizytę u lekarza, który opiniuje schorzenie. Usłyszałam od p. dr, że owszem mam boreliozę ale to na pewno nie jest neuroborelioza tylko SM, na co wskazują wyniki badania mojego płynu mózgowo-rdzeniowego, w tym głównie prążki oligoklonalne, gigantyczny poziom białka i wskaźnik obrazujący produkcję immunoglobulin. A także wyniki rezonansu. Choruję także na 3 chorobę, która spowodowała ataksję. Przyznaję- trochę się zdenerwowałam. Jakoś, gdzieś mam zakodowane, że lekarz „jak mówi to wie co mówi”, że jest obeznany z diagnostyką i na bieżąco poszerza wiedzę. Jednak poprosiłam mojego lekarza z Zabrza (ma doktorat z diagnostyki) o interpretację wyników badania płynu mózgowo-rdzeniowego. Zrobił nawet więcej, podesłał mi ksero podręcznika, więc mogłam sama się dokształcić- wyniki wcale nie wskazują na SM, a w rezonansie nie mam zmian demielizacyjnych tylko 5 drobnych (do 3mm) ognisk niedokrwiennych. Ponadto wszystko w normie- pani dr, zdaje się pomyliła jednostki!
Ja już nie przyjmuję bezkrytycznie diagnoz lekarzy, w tym zakaźników. Sprawdzam!
Drodzy chorzy! Apeluję - nie poddawajcie się, szukajcie! Prędzej czy później (oby nie za późno) natraficie na właściwego lekarza, na sprzymierzeńca w walce z chorobą i może na „anioła na swojej drodze”, który wskaże kierunek, tak jak mi wskazała Ela – lekarz chory na ataksję.