Pewnie niektórzy pamiętają, jak to Pewne Osoby widziały problem tam, gdzie go nie było. Jeszcze gdyby tylko widziały, to co innego, ale one o tym głosiły publicznie. No to stało się temu zadość. Część lekarzy z grupki tych, którzy leczą wg ILADS w Polsce otrzymało z NFZu oficjalne pisma, w których zostali poinformowani, że ich leczenie nie może być refundowane, bo jest niestandardowe. Część, bo tylko ci, którzy sami się przyznali, jak leczą i że wystawiają refundowane recepty; no i ci, o których pisano publicznie.
NFZ nie miał świadomości, jak kto leczy, bo to tylko urzędnicy. Ale skoro podano im na tacy, jak można szukać oszczędności, to czemuż by z tego nie skorzystać.
Odnośnie kontroli refundowanych recept - NFZ ma tak okrojone fundusze, że kontrole przeprowadzane są wyjątkowo rzadko, zazwyczaj nie z własnej inicjatywy i zawsze dotyczą tych leków, na których NFZ stracić może najwięcej- czyli nie doxy czy azitro, bo to naprawdę niewielkie kwoty- w porównaniu choćby do Viagry. Piszę to po to, aby wyjaśnić, że to nie kontrole NFZu przyczyniły się do decyzji o nierefundowaniu leczenia boreliozy wg innych zaleceń, niż te powstałe pod egidą prof. Flisiaka.
Nie pozostaje więc nic innego, jak od tej chwili gromadzić xero recept, no i faktury imienne, bo będzie to konieczne przed sądem. O leczeniu nie decyduje urzędnik z NFZ, tylko Ministerstwo Zdrowia, a ono wyraźnie napisało, że leczenie jest refundowane, a zalecenia wskazują jedynie kierunek działania lekarza, bo leczenie i tak opiera się na wiedzy i doświadczeniu lekarza prowadzącego.
Mnie osobiście interesuje, czy sprawcy tego zamieszania poczują się w obowiązku i ruszą sprawę w sądzie, czy spadnie to na barki Fundacji...

